Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NATURA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NATURA. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 października 2025

NATURA ZŁA

W świecie zatrutym nazareńskim etosem i jego schematami, "dobro" i "zło" są nadmiernie przywoływane w przypadku wszelakich morlano etycznych dylematów.

Prawda jest jednak taka, że tak jak samo pojęcie moralności jest ludzkim tworem, czystą abstrakcją i pojęciem tak względnym jak tylko możliwe, tak również jego dwa najważniejsze filary takimi są.


Dobro i Zło nie istnieją poza subiektywną perspektywą, a iluzja ich istnienia skutecznie dławi ludzki potencjał.
Wobec tego Satanizm radykalnie zrywa z tymi bezsensownymi wzorcami, rezygnując całkowicie z pojęć Dobra i Zła.

(Osobiście używam słowa Dobry lub Zły wyłącznie w znaczeniu "udany/nieudany", tak jak zła decyzja, zły kierunek etc.)

Na potrzebę tego artykułu przyjmę jednak prawdziwość Zła w rozumieniu nazareńskim.

Jeśli przyjmiemy taki założenie dostrzeżemy cos interesującego - Natura jest Złem

Czasami zdarza mi się rozmawiać, bądź słuchać rozmów ludzi i poznawać ich poglądy na temat rzeczywistości.
Stosunkowo często daje się zauważyć, że ludzie w pewnych sferach zdają się mieć podobnie ekstremalne i okrutne poglądy co ja.
I opowiadają o nich z nonszalancją i uśmiechem na twarzy.
Rzecz w tym, że nie są satanistami. Mało tego, często są niereligijnymi nazareńczykami.
Jest to oczywiście przejaw tego co zdążyłem już zaznaczyć - to co zwane jest Złem w rzeczywistości leży w naszej naturze, wypływa z naszego wnętrza.
Głód krwi mamy we własnej krwi, a abstrakcyjna i subiektywna idea zwana Złem, w swojej konwencjonalnej odsłonie zdaje się być ulotną kurtyną, zza której coraz częściej widać prawdziwy ludzki charakter.
Ludzie lubią dominować, nierzadko lubią się znęcać, lubią przemoc i okrucieństwo.
I ciężko się temu dziwić, w głębi duszy niemal każdy nosi te pragnienia, a odpowiednio stymulowane wypływają na powierzchnię w najmniej spodziewanym momencie.
Gdy przekroczona zostanie granica, gdy spłonie lont wówczas człowiek, którego nigdy byśmy o to nie podejrzewali zamienia się w bestię.

Jest to również przykład tego co niezmiennie łączy nas z innymi gatunkami zwierząt - każdy z nas ma w sobie skrytą agresję.
Dzik odpowiednio sprowokowany może zmienić się w maszynę do zabijania. Nawet jeleń, zazwyczaj płochliwy i niegroźny gdy zostanie postawiony pod ścianą może doprowadzić przeciwnika do bram śmierci.

Ustaliliśmy zatem, że moralny wymysł zwany Złem jest fikcją.
Dlaczego zatem ludzie wciąż w niego wierzą? I co ważniejsze - chcą wierzyć.

Żeby zrozumieć tę kwestię trzeba prześwietlić przeciętnego mundana od podstaw.
Zdaje się bowiem, że w charakter mundanów nie wynika w pierwszej kolejności z ich wnętrza, a jest kształtowany przez otoczenie.
Ludzi postępujących w dany sposób, czasem nawet nie rozumiejąc dlaczego, którzy robią to bo ktoś kiedyś ich tego nauczył jest cała masa.
Wynika to z wszechobecnego konformizmu i tendencji do owczego pędu - pokłosia wpływu etosu nazareńskiego na kształtowanie się współczesnej kultury.
Naturalny ludzki indywidualizm i drapieżność, chęć wglądu w siebie i poszukiwań została upośledzona, zastąpiona przez postawy godne owiec na pastwisku.

Jest to spowodowane oczywiście iluzją komfortu jaki daje takie środowisko.
Człowiek niestety ma tendencję do popadania w stagnację, pragnienia pokoju i bezpieczeństwa nawet jeśli ceną za nie będzie ofiara z własnej autonomii i siły.
Ludzie nie chcą czuć zagrożenia, nie specjalnie lubią również wysiłek i determinację.
Wielu z nich uznaje, że w obliczu nowych możliwości można się obyć bez zmagań i przejść przez życie spokojnie, bez trudu.
Taka postawa prowadzi do stagnacji, a tym samym degradacji jednostek.
Postępujący w ten sposób ludzie uczą tych postaw swoje dzieci, przez co każde kolejne pokolenie pogrąża się głębiej w tej moralnej konwencji.

Nie bez znaczenia jest również to, że żyjemy w nazareńskiej, ewentualnie post-nazareńskiej cywilizacji.
Etos nazarejczyka nakłada bowiem kolejne ograniczenia na dynamizm życia, tym samym oddalając ludzi od ich własnej natury jeszcze bardziej.
Ewolucja i dążenie do siły przeważnie poza trudem i wysiłkiem pociąga również za sobą ofiary.
Gdy jest ona naszym nadrzędnym celem, a My sami najważniejszą personą w naszym życiu nie możemy przesadnie oglądać się na innych, nigdy nie możemy postawić czyjegoś dobra przed naszym.
Jeśli poświęcenie czegoś jest konieczne dla naszego rozwoju, wówczas powinniśmy tę rzecz poświęcić.
Jest to surowa lecz logiczna kolej rzeczy, która w nazareńskim etosie jest niedopuszczalna.
Tam króluje egalitaryzm oraz kult poświęcenia, jednak nie czegoś/kogoś a SIEBIE.

Gdy Satanista postawiony w sytuacji zagrożenia życia może uratować się jedynie poświęcając życie innej osoby - zrobi to.
Tymczasem wzorowy nazareńczyk, choćby była to całkiem obca osoba, powinien drogą swojego etosu wystawić siebie na ofiarę.
Według tej ideologii każdy człowiek jest warty tyle samo, a poświęcenie własnego życia za czyjeś jest zachowaniem pożądanym.
Jest to oczywiście nieprawda - każdy z nas samodzielnie wykuwa swoją wartość a życiem, które powinno być dla nas najważniejsze jest nasze własne.
Życie samo w sobie jest częścią natury, procesem którego wartość zależy od tego co w owym życiu zbudujemy.
Ponieważ tak - każde życie warte jest tyle samo, każde można pielęgnować i każde można przerwać.
Różni się natomiast wartość jednostek.
Życie moje i przeciętnego nazareńskiego mundana, czy nawet losowego ludzkiego odpadku ma tę samą wartość na poziomie biologicznym, lecz na poziomie duchowym/psyche Moje jest cenniejsze.

Słowa Blasfemii w czystej postaci!

Przedstawione przeze mnie podejście mimo, iż w społeczeństwie nazareńskim tak skandaliczne, to jednak po prostu Prawdziwe - wiem to ja i wiedzą to również oni.

Zatem pseudosatanistyczne grupy ateistów, często niewiele różniący się od nazareńczyków, próbujące udowodnić, że Satanizm nie jest zły mylą się.
Bowiem spoglądając na prawdziwy satanizm z perspektywy nazareńskiej moralności, a zatem również adaptowanej przez ateistycznych pseudosatanistów wynika jasno:

Satanizm jest Zły, Sataniści są Źli

Cała powyższa treść prowadzi do następującej esencji - tak długo jak ludzie będą wypierać tak zwane Zło, tak długo będą się z nim zmagać.
Jeśli kultura, etyka, obyczaje a nawet psychologia pozostaną przesiąknięte nazareńskim etosem i będą drżeć z przerażenia na samą myśl o tak zwanych Dark Personalities, wówczas nigdy nie zostanie zatrzymany proces społecznej degradacji.
Poglądy takie jak egalitaryzm i patologiczny humanizm prowadzą do bezwartościowej destrukcji, zamiast szerzyć twórczą destrukcję.

Jako przykład podać mogę morderstwo dokonane w USA na ukraińskiej dziewczynie przez recydywistę degenerata.
Człowiek, który dokonał tego zabójstwa przejawiał cechy ludzkiego odpadku, bezwartościowego życia i szkodnika, co więcej - dawał jasne sygnały służbom.
Trafiał i wychodził z więzienia wielokrotnie.
Gdyby tylko humanitarne owieczki nie bały się odebrać życia temu człowiekowi, wówczas on nie odebrałby go młodej dziewczynie, dokonując tej bezsensownej zbrodni.
Ludzie próbujący uciec od naturalnej selekcji mierzą się ze skutkami takiej decyzji - jednostki zdegenerowane, słabe i szkodliwe zatruwają społeczeństwo, często przeszkadzając silnym ludziom w realizowaniu ich celów.
Wszak ofiarą morderstwa z rąk takiego śmietnika może stać się obiecujący Satanistyczny Inicjowany, który mimo swoje sprytu i zdolności raczej nie ma szans przeżyć strzału w tył głowy w przypadkowej uliczce, a niestety tego można spodziewać się chociażby w USA.
Niestety tendencja ta zdaje się postępować - bardziej humanitarne metody egzekucji, bezcelowe wołanie o pokój na świecie i podobne zachowania są tego przejawem.

Ludzkość musi zatem otworzyć się na Naturę, a tym samym otworzyć się na swoje abstrakcyjne Zło, być gotowym na odstrzał, ofiary i w ten sposób napędzać ewolucję.
Przegraną jest bowiem strach przed samym sobą, przed nikczemnym obliczem, które w nas drzemie.
Podczas gdy nazareńczycy wzbraniają się przed Złem, kumulują je w sobie by następnie dawać mu się ponieść jak największej słabości, Sataniści eksplorują swoją nikczemną stronę, zgłębiają brutalność swojej natury i pielęgnują ją.
Karmienie Bestii i przyjaźń z nią przynosi skutek - jesteśmy bardziej opanowani, ogarnięci samokontrolą.
Potrafimy zdobyć wgląd i zapanować nad energią swego okrucieństwa, by następnie użyć go zgodnie z naszą wolą (na przykład by unicestwić wroga za pomocą Śmiertelnego Rytuału lub Cullingu)
Ewolucja i przemiana jest bowiem esencją Satanizmu, a Selekcja esencją Natury.
Jeśli dobrze przyjrzeć się samej Naturze zauważyć można, że analogicznie to co zwane jest powszechnie dobrem w niej nie obowiązuje.
Iluzoryczna ludzka empatia, współczucie, wybaczanie, pokój? Nic z tych rzeczy!
Nawet wszechobecna Miłość w Naturze przybiera inne oblicze.
Miłość jest narkotykiem, a nie rozwiązaniem, jednak odpowiednio użyta przynieść może wielkie i soczyste owoce, trzeba jednak umieć nią władać.
Ponadto Prawdziwa Miłość opiera się na negowanej przez pojęcia takie jak spokój czy bezpieczeństwo Pasji i Namiętności.
Miłość pozbawiona tej ostrej krawędzi, która pozbawia zaangażowane w związek jednostki możliwości rozwoju i wzajemnego poznania, zamiast tego jedynie rozmiękczając ich serca nie jest korzystna.
Ta prawdziwa jest zaś niewygodna, a mimo to tak pociągająca, ponieważ jest naszym Instynktem!

Wszystko co Naturalne, Wielkie i Namiętne jest niewygodne z perspektywy nazareńskiego etosu cywilizacji, jest Złem - testuje, selekcjonuje, prowokuje reakcję i wybuchy uczuć.
To co wygodne i Dobre, jest słabe i prowadzi do stagnacji.

Natura jest Złem, a Dobro nie jest Naturą

czwartek, 23 października 2025

ZAPACH ŚMIERCI

Śmierć - skryte za Otchłanią oblicze Życia, jest zarówno zjawiskiem fizycznym jak i duchowym.
W wymiarze Przyczynowym jest ona naturalnym procesem, nieodwracalnym zahamowaniem funkcji życiowych lub (rozszerzając tę definicję) zatrzymaniem danego biologicznego procesu.
W wymiarze Bezprzyczynowym natomiast Śmierć jest energią, przemijaniem.
Duchowy aspekt Śmierci jest chłodem i ciszą, który przerywa ruch jakim jest Życie.
Zalicza się do niego zarówno energię towarzyszącą śmierci fizycznej, jak również ogół zjawisk, których natura oparta jest na odpływaniu w Cień

Śmierć jest elementem życiowego cyklu, zarówno na Ziemi jak i w całym Wszechświecie.
Umieramy my, inne zwierzęta, rośliny, jak również planety czy gwiazdy.
Jej ciała budują przyszłość, każdego dnia stąpamy po gruncie, który od wieków odżywia martwa materia.
Każdy z nas gdy przyjdzie jego moment zostanie porwany w objęcia Śmierci, przez chłodne i jednocześnie kojące ramiona Matki Baphomet, która złoży do martwej kołyski swoje dzieci, dawniej powołane do Życia przez jej planetę - Ziemię.

Energia Śmierci i jej odczuwanie zdaje się leżeć w naturze ziemskich istot.
Każdy żywy organizm jest bowiem bramą do świata Bezprzyczynowego, a istoty obdarzone świadomością mogą owy aspekt świadomie rozwijać i rozumieć.
Pewne rzeczy jednak dają się odczuć nie tylko mundanom gatunku ludzkiego, ale również przedstawicielom innych gatunków.
Psy, które w obliczu nadchodzącej śmierci wyciągają ostatni promień energii, ku pożegnaniu swojego właściciela, dzikie zwierzęta przejawiające dziwne zachowania w swych ostatnich chwilach.
Wszystkie te zdarzenia zdają się nie być przypadkowe, a raczej czynione pod wpływem intuicji, która zwiastuje to co ma nadejść.

Mając świadomość powagi i znaczenia Śmierci każdy praktykujący Satanista / Czarny Mag powinien poznać jej naturę, zrozumieć ją.
Żadne z nas nie powinno się jej obawiać, wszak to ona uczyni nas kiedyś wiecznymi.
Nasze wzmacniane za życia dusze odpłyną gdzieś w wir Otchłani, a nasze cielesne powłoki spoczną w łonie Ziemi, by następnie stać się częścią jej ciała.
Wyczuwali to i wiedzieli o tym nasi przodkowie, również ci magiczni.
Ludzka fascynacja śmiercią rozwija się i nie zwalnia od samych początków istnienia.

W owej fascynacji możemy wyróżnić kilka prądów, jednak te najbardziej typowe to:

1. Religijne nadzieje - złudne wizje spowodowane lękiem przed nieuniknionym, pocieszające siebie nawzajem w swej niedorzeczności, pokrzepiające przerażony lud wymysłami jakie to wspaniałości ich nie czekają po drugiej stronie, że spędzą wieczność u boku swoich zmarłych bliskich, którzy czekają z utęsknieniem.
Te nadzieje naturalnie przybierają dualistyczny charakter, rodząc wizje koszmaru i kaźni przewidzianych dla ludzi znienawidzonych, co również ma wymiar pokrzepiający - ludzie chcą wierzyć, że dany zbrodniarz po śmierci doświadczy cierpienia. Takie przekonanie często stanowi również swoisty środek uspokajający, lub usprawiedliwiający bierność wobec denegeratów.
Ludzie, którym brak odwagi by poczynić zdecydowane kroki i odstrzelić śmieciowe jednostki, lub ugruntować taki odstrzał prawnie, czują w głębi niezadowolenie, a zatem wizje kaźni dla przestępców służą im jako uspokajacz.
Ten prąd fascynacji śmiercią bywa interesujący, jednak z perspektywy Natury i Satanizmu umieściłbym go między baśniami a poezją.

2. Opętanie - od czasu do czasu usłyszeć można o ludziach upojonych śmiercią, zdających się do niej należeć. Osoby takie często są ludźmi z traumatycznymi doświadczeniami, niemogącymi okiełznać swojej słabości, pragnąc jedynie ułożenia w Martwej Kołysce.
Znamy też przypadki ludzi, którzy przeżyli śmierć kliniczną, co zaowocowało przekonaniem o chwilowym pobycie po drugiej stronie i naznaczyło ich życie Śmiercią już na zawsze.

3. Magia Śmierci i sztuka Nekromancji - ten prąd fascynacji śmiercią jest tym co do Nas należy.
Jest domeną Magów/Czarownic, którzy poprzez duchową współpracę ze Śmiercią, energią cmentarzy, miejsc egzekucji (takich jak szubienice) oraz Cieniami (duchami) zdobywają wiedzę na Jej temat.


Praktyki Nekromancji sięgają historycznie czasów początków magii i praktyk szamańskich.
Jest ona bardzo szeroką dziedziną, obejmującą szeroki zakres rytuałów i działań.

Do najbardziej charakterystycznych należą: tradycje składania ofiar zmarłym, inwokowanie duchów przodków w celu pozyskania wiedzy, medytacje, zbieranie i korzystanie z darów cmentarzy takich jak Ziemia Cmentarna, oraz te na których w tym tekście się skupię - zastosowanie w magii szczątków i kości ludzi/zwierząt.

Nie uwierzę jeśli usłyszę, że jakiś Czarownik lub Czarownica nie posiada pośród swoich magicznych przedmiotów przynajmniej jednej czaszki/kości/skóry.
Przywiązanie do Ziemi, a tym samym cyklu życia i śmierci jest wręcz wpisane w magię i nie tyczy się to bynajmniej jedynie Czarnej Magii i Satanizmu.
Użycie tego typu przedmiotów rzecz jasna różnić się będzie w zależności od tradycji, ale podstawowa idea pozostanie ta sama.

Praca ze szczątkami zwierzęcymi lub ludzkimi przynieść może głębokie i intrygujące doznania.
Pozwala dotknąć ciała Śmierci, poczuć je we własnych rękach, materializuje i uwydatnia kontemplację nad Śmiercią.
Chwyć w ręce zwierzęcą czaszkę i skup się na niej.
Pomyśl, że kiedyś była elementem składowym żywego organizmu, przez który przepływało ciepło, ruch i życie, a przede wszystkim energia bezprzyczynowa.
Teraz ten element składowy, zimny i martwy znajduje się w twoich rękach, jest wspomnieniem, śladem dawnej świetności - nawet taka krótka kontemplacja potrafi dać do myślenia, szczególnie u początków pracy z energią Śmierci.
Z czasem jednak Mag zapragnie poszukiwać głębiej i doświadczać więcej...

(W tym artykule skupiam się przede wszystkim na szczątkach, więc stare i często niebezpieczne praktyki stosowane przez niektóre tradycje nie znajdą tu miejsca)

Kolejnym stadium może być podobna kontemplacja, jednak tym razem nad człowiekiem.
Jestem zdania iż każdy Mag, tym bardziej praktykujący Tradycyjny Satanizm i mroczne dziedziny Czarostwa powinien posiąść jakiś element ludzkiego szkieletu.
Namacalny kontakt ze szczątkami przedstawiciela własnego gatunku będzie bowiem znacznie silniejszym doznaniem.
Posiadanie kości (lub czegoś więcej), które należały niegdyś do kogoś z naszego gatunku, kogoś kto [może nie duchowo] ale fizycznie był do nas podobny, miał życie zdecydowanie bardziej skomplikowane niż dzik czy jeleń. Czy to cię przeraża? A może jednak pociąga?

Jeszcze głębszym wymiarem obcowania z ciałem śmierci, może być kontakt nie ze Szczątkami, a ze ZWŁOKAMI danej istoty.
Grzebanie własnymi rękami zmarłych zwierząt, krojenie zwłok na mięso i skóry lub w celu pozyskania kości, sekcje zwłok etc.
Wszystkie te aktywności pozwalają na żywe i niezwykle intensywne obcowanie ze Śmiercią, z ciałami które zostały opuszczone przez ciepło i życie niedawno.
Dzięki nim możemy uświadomić sobie kim naprawdę jesteśmy, jaki jest stosunek naszego aspektu przyczynowego i bezprzyczynowego.
Tak skrajnie odmienne, a jednak niemogące istnieć bez siebie nawzajem.
Gdy umrze ciało, pozostanie subtelna energia, która nie będzie wbrew popularnym pomysłom przypominać nas za życia, nie będzie niewidzialną wersją Nas, w ziemskich ubraniach i wyglądzie.
Gdy zaś ta subtelna energia z nas uleci, pozostanie jedynie fizyczna skorupa, odżywiająca nas, stanowiąca naszą bazę, której główny procesor - mózg - umożliwia nam eksplorację naszych bezprzyczynowych sfer.

Na zakończenie przytoczę kilka własnych z życia wziętych przykładów pracy z Energią Śmierci.

Na wstępie zaznaczę, iż nie jestem jeszcze biegłym nekromantą, stawiam w tej dziedzinie raczej intuicyjne kroki. Mimo tego jednak moje postrzeganie Śmierci jest moim zdaniem dostatecznie rozległe by podjąć ten temat.

Od dziecka interesowałem się Naturą, a w tym również Śmiercią.
I nie, nie była to ubrana w piękne barwy śmierć, niczym królewna z Disney'owskiej bajki.
Nie mając nawet dziesięciu lat regularnie podziwiałem napotkane ciała martwych zwierząt, wyłowionych z wody ryb.
Interesował mnie proces egipskiej mumifikacji, który już wtedy zgłębiałem z wielką precyzją, znając każdy jego element.
Pobieżnie uczyłem się anatomii, tworzyłem już wtedy prymitywną dziecięcą sztukę, która nierzadko przedstawiała krew i zwłoki.
I za tę kwestię jestem wdzięczny mojej rodzinie, ponieważ nie blokowała mnie w tej osobliwej gałęzi rozwoju mimo, że fascynacja takimi rzeczami u tak młodego dziecka przyprawia o dreszcze.
Często rozważam tą fascynację jako jeden ze znaków, jako zwiastun tego, w którą stronę pójdę w swoim życiu (a znaków było więcej!).

Obecnie jako Tradycyjny Satanista kontynuuję tą eksplorację.
Posiadam dość pokaźną liczbę czaszek, w tym kilka dużych czaszek jelenia, samodzielnie znalezioną i oczyszczoną czaszkę dzika, którą przekształciłem w amulet Mrocznego Boga Noctuliusa, a także kilka czaszek saren, z których jedna stała się amuletem Azazela.
Oprócz tego dzięki pewnym koneksjom rodzinnym z medycyną posiadam na swoim Ołtarzu garstkę autentycznych ludzkich kości nadgarstka.
Te przedmioty wiele dla mnie znaczą, jednak na tym się nie kończy.

Oto historia o tym, jak pierwszy raz poczułem zapach Śmierci i uwieczniłem zwierzę, któremu to zawdzięczam.

Jechałem rowerem wzdłuż drogi na przedmieściu mojego miasta, gdy nagle na poboczu dostrzegłem martwego gołębia, przedstawiciela gatunku Columba palumbus.
Ewidentnie zaliczył zderzenie z rozpędzonym samochodem, nie był zmasakrowany i ewidentnie świeży.
Poczułem wtedy intuicyjną potrzebę, wiedziałem, że jest to dla mnie okazja ku nowemu doświadczeniu.
Wracając tą samą drogą zaopiekowałem się martwym gołębiem - zapakowałem go do torebki i zabrałem do domu.
Gdy zapadł zmrok, wyposażony w satanistyczne utensylia ruszyłem do pobliskiego lasu, w którym to już zdarzało mi się praktykować.
Niosłem gołębia w dłoniach, poszukując odpowiedniego miejsca.
Gdy już je znalazłem rozłożyłem obrus, który był moim ołtarzem i rozpocząłem rytuał.

Odczytałem Inwokację do Baphomet, by następnie przystąpić do uwiecznienia.
Własnymi, płynącymi z serca słowami zwróciłem się do Matki Krwi oraz samego zwierzęcia.
Wyraziłem pragnienie pochowania go w Naturze, zamiast pozwolić mu gnić przy ruchliwej drodze oraz uwiecznienia go, na znak doświadczonego kontaktu ze Śmiercią.
Chwyciłem do ręki specjalny, dedykowany Baphomet nóż i odciąłem nogi ptaka, a następnie go zdekapitowałem.
Dotknąłem jego miękkiego, bezwładnego ciała, w świetle świecy dostrzegłem krew na klindze noża.
Poczułem niezwykłą bliskość ku przemijaniu.
Zakopałem ciało gołębia w pobliskim dole (po powrocie w to miejsce kilka dni później zauważyłem, że został rozkopany, prawdopodobnie przez lisa - krąg natury się zamknął).
Głowę i łapki ptaka zabrałem do domu i umieściłem w pojemniku z solą, niejako na wzór fascynujących mnie w dzieciństwie mumifikacji, których częścią było zasypywanie ciał natronem w celu ich wysuszenia.
Proces suszenia nadal trwa, a związki chemiczne są przeze mnie regularnie wymieniane.
Gdy dobiegnie on końca, szczątki gołębia zajmą miejsce na moim Ołtarzu - jako symbol cyku życia i śmierci oraz pamiątka tego niezwykłego doświadczenia.






„Z mojego gnijącego ciała wyrosną kwiaty, a ja będę w nich, i to jest wieczność.” ~ E. Munch (prawdopodobnie)

Agios o Muerte! 

czwartek, 2 października 2025

BUNT - ESENCJA ISTNIENIA

Na początku był Chaos - pierwotny Chaos, uśpiona Czerń, która wypełniała przestrzeń czyniąc ją bezkreśnie pustą.
Gdy w tej ciężkiej do zwizualizowania przestrzeni zaistniał ruch, nastąpiła zmiana, po której nic nie było takie jak wcześniej.
Nastał Chaos Rozszalały - mknący naprzód prąd zmian i ewolucji, który tak jak wcześniejsza pustka wypełnił każdy cal obu wymiarów wszechświata.
Esencję owego Chaosu stanowi wydestylowany, czysty i wszechstronny Bunt - Szatan.
On właśnie, jako obdarzony czymś na kształt naszej świadomości wir Chaosu w sercu Mroku napędzał, napędza i po wieczność napędzać będzie rzeczywistość.
Pierwiastek Szatana dostrzec można w każdym aspekcie Natury, w każdym aspekcie Życia.
Obszar Jego wpływu wchodzi nawet na tereny nazareńskich owczych zagród, objawiając się buntem, sprzeciwem i walką.
Natury, z której się zrodziliśmy nie da się oszukać. Naturalny dla Ziemi i Wszechświata szatański duch godzi we wszelkie moralne pozory.
Choćby nie wiedzieć jak się opierali, większość nazareńczyków nie będzie zgodnie ze swoją doktryną klęczeć w przebaczeniu przed batożącym ich wrogiem. Chwycą oni za broń i będą walczyć zlani krwią i potem.
Ta właśnie Namiętność i Bunt są Esencją Istnienia. 
Żaden system, religia ani moralne absoluty nie są w stanie ich powstrzymać.
Choćby nie wiadomo jak bardzo ludzie wierzyli w "dobro" i "zło", choćby nie wiem jak chcieli być wypasani na łonie ignorancji, karmieni obietnicami pokoju i spokoju - Bunt i Wojna trwać będą zawsze, gdyż są naturalnym elementem życia.

Niedawno miałem możliwość obserwować dyskusję grupy osób na temat tezy: Bunt - siła destrukcyjna czy twórcza?
W milczeniu przysłuchiwałem się wymianie poglądów, od siebie dodając zaledwie jedno zdanie, zawierające odpowiedź - Bunt niszczy ale i tworzy, zawsze!

Ludzie, którzy ową rozmowę prowadzili (jak nietrudno się domyśleć) postrzegali destrukcję jako coś co nie powinno mieć miejsca, nie zdając sobie widocznie sprawy, że ich życie będzie wypełnione tym zjawiskiem nawet, jeśli tego nie zauważają.
Tworząc coś nowego, czyniąc zmiany niszczyć będą zastany, dawny porządek by na jego miejsce powstało coś nowego.
Jest to wyraz stałego i niemożliwego do okiełznania procesu ewolucji - zarówno naturalnej/ziemskiej jak i osobistej/wewnętrznej.

Każdy akt Buntu pociąga za sobą zmianę, nigdy nie pozostawia obojętnym.
Szatan jako najstarszy, ezoteryczny buntownik w dziejach uosabia ową ewolucję.
Nieposiadający żadnej ludzkiej emocji ucieleśnia On Chaos w czystej postaci, a każda istota żywa, będąca naturalnym miejscem przejścia pomiędzy światami (nexion) posiada w sobie jego pierwiastek.

Większość ludzi nie jest tego świadoma, inny wręcz wypierają go ze względu na nazareński sposób myślenia.
Pragną niemożliwej utopii, miłości i spokoju.
Taki stan rzeczy nigdy się jednak nie urzeczywistni - w naturze rzeczywistości leży walka, a za nią przemoc i zwycięstwo silniejszych.
Zamiast wypierać i zamykać oczy na Naturę można otworzyć się na nią, pozwolić jej się pochłonąć, stać się na nowo jej częścią.

My - Sataniści jesteśmy tymi właśnie ludźmi.
Nie oglądając się na moralne wymysły i zmagania ogarniętego iluzją tłumu eksplorujemy surową, nieumazaną ludzkim pędzlem rzeczywistość.
Poznanie rzeczywistości, choćby najcięższej i najbardziej przerażającej jest naszym życiowym celem.
Dowiadując się skąd pochodzimy, akceptując tę ukrytą, drapieżną stronę i przejmując kontrolę nad swym charakterem dosięgamy osobistej boskości.
Poprzez Czarną Magię, transgresję, poszukiwania i trudne satanistyczne pytania osiągamy Czarną Gnozę - najcenniejszy skarb.
Nasza ścieżka jest zazwyczaj sekretna, ukryta przed oczami ludu.
Tak było od zawsze i tak również pozostanie, ponieważ większość ludzi nigdy nie będzie gotowa na ciężką rzeczywistość, a ich wyobraźnia przeważnie będzie zbyt wąska, by ją pojąć.

Ludzie od wieków szukają odpowiedzi tam gdzie jej nie ma, ponieważ boją się łamać schematy.
Być może czują podświadomie, że żyją w bańce, jednak wybierają komfort przebywania w niej obawiając się tego co czeka ich na zewnątrz.
Ich życia omijają sfery Mrocznych Bogów - naszych nauczycieli o twardych rękach, których lekcje potrafią wyrwać nas z iluzji, pokazać kim naprawdę jesteśmy i kim możemy się stać będąc jednocześnie małym trybikiem w wielkiej, bezkresnej Otchłani.

Satanista nie może bać się prawdy, nie może zamykać się w wygodnym legowisku.
Zawsze wybiera on triumf i wiedzę, zamiast spokoju i umiarkowania.
Szatan reprezentuje ruch i postęp sprzeciwiając się stagnacji, do której większość ma tendencję.
Gdy człowiek staje się Satanistą, gdy przekracza granice, gdy porzuca "normalne życie" w imię wymagającego, namiętnego i mrocznego życia na pograniczu światów zauważa, że owi "normalnie żyjący" ludzie tak naprawdę toną w podstawionej rzeczywistości.
Z tego powodu powstaje wyraźny i realny podział: MY i ONI.

ONI stoją w miejscu, słuchają i powtarzają, konsumują co im podane, oddają się wyuczonym nawykom i kierunkom myślenia.

MY sprzeciwiamy się, poszukujemy, wnikamy i pragniemy wglądu.

Szatan jako nasz Mroczny Mistrz i esencja Buntu karmi nas energią do zmian i rozwoju.
Choćby ścieżka ta usłana była brutalnymi lekcjami i zniszczeniem, to będziemy w nią wyruszać.
Ci, którzy pragną odkrywać i zdobywać winni być gotowi na wszystko, a jak to w Naturze bywa - słabi odpadną, silni zostaną.

Vindex - człowiek płonący ogniem Szatana, człowiek o mrocznej duchowej empatii, buntownik i satanistyczny wojownik.
Ten wzór jest naszym celem, a każdy z Nas stanowi jego część.
Szatan jest iskrą, a Vindex ogniem - Czarnym Płomieniem, który w nas satanistach płonie i płonąć będzie póki my będziemy otwarci na iskry.
Niech płonie na wieczność!


Na zakończenie zacytuję polskiego poetę. 
Oto fragment z jego "Synagogi Szatana", w której wyjątkowo, ekscytująco trafnie wręcz opisał on sylwetkę Szatana mimo, iż nie był satanistą. A może?...



"On jest ojcem życia, rozwoju, rozmnażania i wiecznego powrotu. Nie zło bowiem, lecz dobro jest "negacją" Dobro jest negacją namiętności, z której wszystko powstaje. Dobro jest negacją życia, gdyż samo życie jest złem.
Szatan jest czymś pozytywnym, wiecznym samym w sobie. Prześladowany i niszczony odradzał się ciągle na nowo z własnych popiołów, piękniejszy jeszcze i potężniejszy niż przedtem. I ten wiecznie zwyciężany pozostał wiecznym zwycięzcą.
Szatan jest wiecznym złem, a wieczne zło jest życiem."

Stanisław Przybyszewski, "Synagoga Szatana" (1897)

Agios o Satanas!






środa, 24 września 2025

NARASTAJĄCY GŁÓD KRWI

Jako Satanista trzymam się jak najdalej od polityki.
Pomijam fakt, że swoim stylem życia spycham stanowienie wspólnoty ze stadem bezmyślnych owiec i co więcej wybieranie kto będzie mną rządził, ale przede wszystkim dlatego, że ciężko poza ogółem nazareńskiego systemu znaleźć przestrzeń tak obficie przepełnioną bredniami, utopią i wszelakiej maści przekrętami.
W politykę najlepiej grają ci zapatrzeni w zysk, udający jedynie emocjonalne zaangażowanie, potrafiący zmienić swoje poglądy gdy będzie to dla nich korzystne.
Zaś najbardziej podatni na tę grę pozostają ludzie, którzy w głębi duszy nie czują kontroli na tyle, że potrzebne im jest słowo pokrzepienia.
Nasze polskie wybory pokazały, że kto by tego słowa nie wypowiedział to będzie całowany po rękach dopóki pochodzi z zaakceptowanej przez owce partii. My zaś żyjemy w cieniu tej cywilizacji, od czasu do czasu pojawiamy się na nie swoim terenie by zasiać jakąś zmianę, jednak przez większość czasu pozostajemy na dobrowolnym wygnaniu.   

Niemniej jednak ostatnie okołopolityczne wydarzenia w Stanach Zjednoczonych zainteresowały mnie z perspektywy satanistycznej, a to za sprawą zauważalnej zmiany w mentalności cywilizacji zachodniej.   10 września w Utah rozległ się pojedynczy strzał, który za sprawą medialnego poruszenia do chwili obecnej i zapewne jeszcze przez jakiś czas wybrzmiewać będzie na całym świecie, a zapach rozlanej krwi wciąż wisi nad ziemią USA.   

Tego właśnie dnia na kampusie uniwersytetu Utah Valley odbywało się spotkanie z konserwatywnym chrześcijańskim nacjonalistą Charlie'm Kirkiem.
Jak na ironię człowiek ten miał na sobie koszulkę z hasłem "Freedom"...
Ze swojej wolności działania postanowił skorzystać ktoś inny - zamachowiec.
Zaledwie 20 minut po rozpoczęciu konferecji rozległ się strzał, aktywista osunął się na krześle, a jego biała koszulka skąpała się w strumieniu krwi, który niczym ze szlauchu rozlał się z dziury w jego szyi. Zarówno na miejscu zdarzenia, jak i później w całych mediach zapanowała panika.   

I tu zaczyna robić się ciekawie... W kałuży krwi wręcz natychmiastowo pojawiły się osoby, które niczym dzieci po deszczu zaczęły w niej wesoło skakać.  Mam na myśli filmy, które zalały media społecznościowe. 
Przeciwnicy Kirka tańczący w euforii, przepełnieni energią i radością nad stygnącym truchłem mężczyzny.
Czy to już się przypadkiem nie wydarzyło? I to stosunkowo niedawno?   

W zeszłym roku zakapturzony mężczyzna z zimną krwią zastrzelił na ulicy CEO amerykańskiej firmy zajmującej sie ubezpieczeniami zdrowotnymi United Healthcare.
Następstwo tego wydarzenia w mediach było zbliżone - ludzie wiwatowali, gratulowali, cieszyli się.  Jedyną różnicą jest tło wydarzeń - tam chodziło o walkę z hierarchizacją i wyrwanie z rąk biurokracji odpowiedzialności za swoje zdrowie, tutaj natomiast mamy do czynienia z manifestem politycznym.  To co łączy te sytuacje to głód krwi, który zdaje się wzrastać w amerykanach.
Głębszy sens tej sytuacji nadaje ponadto sama postać Charliego Kirka. 

Był on konserwatywnym chrześcijańskim nacjonalistą, uwielbionym przez amerykańskich prawicowych polityków.
Przy tym jednak warto nadmienić kluczowy dla tej sytuacji fakt - Charlie w swoich chrześcijańskich przekonianiach, na temat tego ze bez nazareńskiej religii nie ma cywilizacji był wielkim zwolennikiem POKOJU.
Dokładnie, pokoju - jednej z największych iluzji w jakie nazareński sytem wciąż ślepo wierzy.
Charlie głosił ze bez względu na poglądy chciałby, aby polityczne rozmowy odbywały się w pokoju. Facet mógłby na scenie sugerować swoim zwolennikom najgłupsze, najbardziej idiotyczne stanowiska, sugerować kobietom, że powinny rodzić dzieci swoich gwałcicieli, sugerować homoseksualistom, że ich występująca u innych niż człowiek gatunków orientacja jest powodem do wstydu, bo jego nienawidzący wszelkiej seksualności bożek tak "powiedział", a przynajmniej tak głosi jego etos.
I słuchając tego wszystkiego mielibyśmy go tolerować. 
Najlepiej przecież tolerować wszystkich...   

Zamachowiec czatujący z bronią na dachu raz na zawsze zamknął mordę temu człowiekowi.   Jeśli odejdziemy od myślenia czysto przyczynowego, ludzkiego, a skupimy się na bezprzyczynowym wówczas ujrzymy coś interesującego.
Na potrzebę opisu tego schematu ubiorę w skórę Charliego archetyp dawnego amerykańskiego systemu wartości. Charlie Kirk to ucieleśnienie chrześcijańsjiego zachodu, który połączony z kapitalizmem i spowitą oparami hipokryzji "WOLNOŚCIĄ", dominował w USA w minionych stuleciach.   Zamachowiec z Utah jawi się jako głos sprzeciwu nowej Ameryki, dając jasno do zrozumienia, że rządy iluzji dobiegają końca.
Oczywiście trzeba być głąbem zbliżonego kalibrem do omawianych postaci, żeby uwierzyć w odrodzenie naturalnego, satanistycznego wręcz etosu, ponieważ to z czym mamy do czynienia nazwałbym raczej post-nazareństwem.   

Nie zmienia to faktu, że owy głód krwi w USA jest właśnie niejakim zwycięstwem tegoż naturalnego dla Ziemi etosu. Czasy myślenia "Nie zgadzam się z tym co mówi/robi, ale nie toleruję wobec niego przemocy" zdają się mijać. Ilu to współchrześcijan cieszyło się z zabójstwa Kirka, dzieląc z nim jednocześnie swojego fałszywego, idiotycznego boga. 
I to w dodatku w chwili gdy cały jego etos zamienili w padlinę, upajając się radością z czyjejś śmierci. 

Widać gołym okiem, że ludzie podświadomie chcą oddawać się swojej krwiożerczej naturze, choćby niewiadomo jak się bronili. Wciąż będą wierzyć w głupie ideologie, wciąż będą strachliwi, niepewni i otępiali, ale natura zawsze wyjdzie na powierzchnię.   
Jest to mimo swoich niewielkich rozmiarów dość ożywczy moment, a przede wszystkim etap w historii. Stany Zjednoczone, a wraz z nimi cały świat ocieka krwią, jej strumienie leją się z różnych miejsc, jeden w odpowiedzi na drugi.
Bitwy i wojny trwają, a Szatan z owego buntu, poruszenia i konfliktu przeciwieństw zbiera swoje chaotyczne żniwo i nikt jemu ani Ziemi tego nie  odbierze, choćby nie wiadomo jak wierzył w "dobro" i "zło"

środa, 20 sierpnia 2025

KOBIETA

                       "Nie ma nic pięknego poza człowiekiem, lecz najpiękniejsza jest kobieta"

Tak brzmi w tłumaczeniu na język polski jeden z 21 Satanistycznych Punktów, pochodzących z Codex Saerus - Czarnej Księgi Szatana autorstwa ONA.

(Poniższy tekst jest owocem moich ostatnich rozważań na temat kobiecości w duchowym kontekście)

Zarówno płeć żeńska jak i męska odgrywają równie ważną rolę w Naturze, a rozumienie ich energii oraz jej zastosowania bez wahania zaliczyłbym do podstaw rozumienia magii i oddziaływania tych sił na człowieka.
Dziś jednak pochylam się nad kobiecością.
Żeńska energia to siła fascynująca, potrafiąca doprowadzić człowieka do szaleństwa.
Kobiecość niezaprzeczalnie rozbudza wyobraźnię i przyciąga zarówno osobniki tej samej jak i przede wszystkim przeciwnej płci.
Ileż to mężczyzn z powodu kobiety doprowadziło do wielkich rozłamów, oszalało lub nawet popełniło samobójstwo.
Jaki tego powód?
Według mnie mimo, iż złożony to jednak dosyć oczywisty.

Energia żeńska leży u podstaw ziemskiego istnienia, u podstaw rozmnażania i przekazywania genów.
Oczywiście bez energii męskiej żadna z tych rzeczy nie mogłaby się odbyć, jednak nie to mam na myśli.
Mimo równego i wzajemnie uzupełniającego się udziału płci w kwestii wspomnianego rozmnażania i rodzicielstwa, zdecydowanie potężniejsza, głębiej docierająca zdaje się być rola energii żeńskiej.
Podczas gdy w mężczyźnie dominuje wojownik, siła i zabójca, kobiety z natury wykazują głębsze przeżywanie emocji, intuicję i spostrzegawczość (co nie czyni ich mniej wojowniczymi i zabójczymi - ile bowiem razy w Naturze to matka sama wychowuje i walczy o dzieci z agresorem).
To one częściej sięgają wgłąb tego co niewidocznie, niematerialne, mistyczne.
W Naturze to zazwyczaj samica odgrywa poważniejszą, czasem wręcz zuchwałą rolę.
Samce starają się o jej względy, wysilają się i nierzadko ryzykują życie, aby tylko dostąpić zaszczytu bycia wybranym i spłodzenia z nią potomstwa.
Również sam akt późniejszej ciąży i narodzin jest przesycony energią żeńską.
Przesycona nią jest także sama Ziemia i Natura.
Jej duchowa reprezentacja, Wielka Matka Krwi - Baphomet, jest od wieków przedstawiana jako kobieta mimo, że istoty duchowe w rzeczywistości nie posiadają płci.
Jednak ich energie z racji swojej natury przyjmują zazwyczaj męską lub żeńską formę.
Jej wyobrażenia zazwyczaj pokazują ją nagą, często także zakrwawioną o przenikliwym spojrzeniu.
Ziemia jest wielką rodzicielką i za razem wielką zabójczynią własnych dzieci.
Jest swego rodzaju żeńskim odpowiednikiem Mistrza Chaosu - Szatana, który to jest panem wielkiej kreacji i absolutnej zagłady.

Ten wątek można by rozwijać w siną dal, ja jednak chciałem jedynie nakreślić jego główny motyw, by skupić się na tym co chcę przeanalizować.
Niespełna tydzień temu cały nazareński naród polski obchodził święto dedykowane ich wielkiemu autorytetowi - maryji zwanej przez nich "matką boską" (pisane celowo małą literą w celu ukazania mojego braku szacunku).
Tamtego dnia naszła mnie (któryś już raz) jako satanistę refleksja - jak bardzo religia chrześcijańska i pokrewne zbeszcześciły i upodliły kobietę.

Kobieta według ich doktryny powinna być skromna, pokorna, służalcza i podporządkowana.
Prócz tego oczywiście najważniejsze - CZYSTA (cokolwiek to znaczy)...
Oczywiście odnosi się to do seksualności, która w owych systemach jest w ogólności uważana za grzeszną, jednak kobiety obarczone są nią o wiele ciężej.
Powód takiego ich postrzegania przez owe religie można łatwo wydedukować spoglądając na wspomniane przeze mnie wcześniej informacje.

Według mojej teorii owe pogardliwe i umniejszające podejście do kobiet w systemie nazareńskim wynika z koniecznego dla powodzenia jego celu wyeliminowanie owej żeńskiej potęgi.
Nawet najbardziej męski mężczyzna powinien rozumieć pierwiastek żeńskiej energii który się w nim znajduje i powinien...ba! ma obowiązek rozumieć kobiecość.
(działać powinno to również w przeciwną stronę)
Usunięcie z duchowości tej zmysłowej, pobudzającej energii żeńskiej i jej duchowego otwarcia ma na celu nie tylko uśpienie w człowieku tego aspektu, ale również oddalić nazareńczyka od prawdziwej natury Ziemi.
Bowiem wmawia im się przecież, że to ich mizoginistyczny jahwe jest stwórcą i panem całego świata, a kobieta ma być jedynie podległą szmatą mężczyzny.
Ileż w ich śmiechu wartej biblii jest takich odniesień i instrukcji, łącznie z traktowaniem kobiety jako własności i narzędzia, decydując za nią.
Jest to żałosne, prostackie myślenie i mówię to jako mężczyzna absolutnie zachwycony swoją męskością i niekoniecznie lubujący się we współczesnej, nieraz absurdalnej lewicowej narracji feministycznej (tak dla jasności).
Niezbyt interesuje mnie co ma na ten temat do powiedzenia społeczno-polityczna przepychanka.

I tu wracamy do wspomnianej maryji.
Dla mnie cały ten kult jest absurdem ponad absurdami.
Owinięta od stóp do głów pokorna, ascetyczna kobieta, prosta oddana jehowie żydówka i matka słynnego zabitego na krzyżu kaznodziei.
Realistycznym okiem patrząc wzór chrześcijańskiej kobiety jakich wiele.
Nie trzeba długo szukać by je spotkać, przechadzają się ulicami w smętnych, zakrywających większość ich kobiecego oblicza szatach, oddane swemu fałszywemu bogu , płaczące gdzieś w głębi za swą zmysłowością i namiętnością, modlitwami odganiające "grzeszne myśli".

Jednak ze względu na teologiczną rolę maryji w chrześcijaństwie została ona wyniesiona na piedestały.
Lekkiego kalibru przykładem takiego zachowania jest podejście jednej z nazareńskich religii - islamu.
Tam bowiem nie otrzymuje ona wielkiego, wręcz boskiego kultu ale stawiana jest i szanowana jako wzór idealnej islamskiej kobiety.
Podobnie jest także u żydów.
To dość zabawne, że na bliskim wschodzie, gdzie kiedyś wierzono w zabobony pokroju tego, że krew menstruacyjna jest cudownym nawozem dla pól, a sama menstruacja jest czymś wyjątkowym*, obecnie mężowie odcinają się od swoich kobiet na czas okresu, by nie przeszedł na nich wielki grzech spowodowany tymże nieczystym elementem natury.

(*menstruacja jest niezaprzeczalnie czymś niezwykłym z duchowego punktu widzenia, łączy ona w sobie zarówno kobiecą energię jak również magię krwi. Tutaj odnoszę się do wymienionego zabobonu, który to już można kwestionować...)

Jednakże największym apogeum tego szlamu jest chrześcijaństwo, w szczególności katolicyzm.
Tutaj maryja otrzymała kult prawie tak wielki, jak dawniej kult Bogini Matki.
I nie są to tylko moje spostrzeżenia, niektóre opracowania naukowe archetypu Bogini Matki wymieniają pomiędzy takimi jej emanacjami jak Anat, Gaja, Tiamat itd. właśnie chrześcijańską postać maryji...Serio?
Dla mnie jako satanisty tradycyjnego, praktykującego magię związaną z boginią Baphomet oraz żyjącego w więzi z Naturą jest to skandal i kompromitacja ludzkości.
Czy naprawdę Bogini Matka została zamieniona na zniewoloną, upodloną chrześcijańską niewolnicę, której to wzór do dziś napędza narzuconą kobietom rolę i prowadzi do nadużyć, na które to z kolei spętane i pozbawione swej naturalnej mocy nazareńskie kobiety nie umieją nawet odpowiedzieć?
Pozostawię czytelnika z tą refleksją.

Im dalej w las tym gorzej.
Wizerunek maryji pojawia się również w religiach takich jak voodoo, w którym to jej wizerunki reprezentują duchy, które (o ironio!) reprezentują kobiecość i jej witalną siłę.
Voodoo to system wierzeń opartych na pradawnych afrykańskich kultach, który doprawiony został chrześcijaństwem za sprawą kolonizacji i przymusowej chrystianizacji.
Dziś tych dwóch ostatnich zjawisk już nie ma, ale niestety kult się utrzymał.
Jest to przykre, ponieważ rdzenne wierzenia mieszkańców Afryki są niemniej interesujące od naszych słowiańskich czy starożytnych blisko wschodnich praktyk magicznych.
Jednak to już temat na inny wpis.



Posłowie:

Na samym początku wspomniałem o źródle inspiracji do mojego postu, zatem podzielę się na koniec iście bluźnierczą historią z ostatnich dni.
Pomysł na treść powyższego tekstu przyszedł do mnie nagle, z nikąd.
Przechadzałem się wówczas terenem leśnym i rozmyślałem.
Wewnętrznie skoncentrowany i podburzony owym tematem kroczyłem leśną ścieżką.
Chwilę później wychodząc na rozdroże dostrzegłem pewne miejsce i dwa obiekty, które w mojej głowie tworzyły idealne połączenie.
Wręcz jakbym to przyciągnął, wręcz jakby Bogini, której łono przemierzałem nagrodziła mnie wręczając mi narzędzie zemsty.
Kilka metrów za linią drzew znajdował się niewielki betonowy placyk, na jego środku cokół a na cokole figurka maryji...
Kilka metrów dalej, przy drodze leżał czarny, cuchnący przeleżałym piwem i nieco wymiocinami wór pełen śmieci, pozostawiony przez jakiegoś degenerata.
Wiedziałem co chcę zrobić.
Stanąłem na uboczu w krzakach, gdyż nie byłem sam.
Musiałem poczekać aż siedzący na ławce przed posążkiem nazareńczyk przestanie się modlić.
Około 5 minut później wreszcie wstał, z opuszczoną w pokorze głową przeżegnał się i wolnym krokiem oddalił.
Odczekałem dla pewności około 2 minuty i przeszedłem do działania.
W przypływie gniewu i triumfu chwyciłem śmierdzący worek, zaś w drugą rękę pierwszy lepszy kawałek grubej, suchej gałęzi.
Z wypiętą piersią wkroczyłem na placyk, inwokując imię Baphomet i Szatana.
Improwizując wygłosiłem płynącą prosto z serca bluźnierczą przemowę, uwypuklając omówiony przeze mnie skandaliczny upadek kobiecej duchowości, zwracając uwagę na to iż ten pomnik kobiecej słabości i podeptania żeńskiej energii stoi na łonie Matki Ziemi, co jest wyjątkowo oburzające.

Spluwając symbolicznie na pomnik wymierzyłem mocny cios kijem w stojące pod owiniętym plastikowymi różańcami cokołem znicze i sztuczne kwiaty.
W leśnej ciszy rozległ się dźwięk tłuczonego szkła a chwilę później głuchy odgłos sypiących się koralików.
Przerobiony i ukradziony sznur medytacyjny, z którego powstało liczydło chrześcijańskich modłów...
Chwyciłem za oba różańce i rozdarłem je jednym, zdecydowanym szarpnięciem, by za chwilę jeden z nich znalazł się pod moją podeszwą.
Oburącz złapałem czarny wór i usłałem cokół śmieciami, a dźwięk rozlatujących się odpadów poniósł się echem po okolicy.
Podpierając się nogą o krawędź wspiąłem się na cokół. Nie był wysoki więc nie miałem problemu by zrobić to jedną ręką.
Lewą ręką ścisnąłem maryję za głowę, prawą rozpostarłem wór.
Chwilę później posąg zniknął w odmętach czarnego, śmierdzącego worka po śmieciach, którym ją udusiłem.
Marny i upokarzający wzór kobiety znalazł się tam gdzie jego miejsce!
Na odchodne wykonałem Satanistyczne Błogosławieństwo i opuściłem teren.

Ten bluźnierczy akt zbeszczeszczenia był formą emocjonalnej ofiary dla Bogini, poczynionym z satanistycznym honorem na Jej chwałę.
Było to doskonałe podsumowanie refleksji, które spłodziły ten tekst.
To był spontaniczny akt, jednakże podobne praktyki są spotykane w większości tradycji satanistycznych jako zamierzone działania z konkretnym celem.
Jaki jest cel niszczenia i beszczeszczenia artefaktów nazarejczyka można by zapytać.
Każdy kto wie czym jest Prawdziwy Satanizm dobrze wie, że zwalczanie chrześcijaństwa jest co najwyżej pobocznym celem życia satanisty, a sam Satanizm z chrześcijańską teologią ma niewiele wspólnego.
Owszem, jednak Satanizm jako esencja rozwoju, zmian i buntu zawsze będzie godził w system i jego organy.
Chrześcijaństwo jest jednym z wrogich obiektów, który tak się składa iż posiada ogromną władzę, jednocześnie idąc w jawny konflikt z Satanizmem, przedstawiając Szatana (z wiadomych powodów) jako swojego największego wroga, a w ich ujęciu "wroga jedynego boga i całej ludzkości".
Zatem takie akty mają na celu nie tylko pobudzenie szatańskiego ducha i praktykę transgresji, ale również z duchowego punktu widzenia godzą bezpośrednio w nazareński etos, osłabiając i odwracając przeciwko niemu jego energię, generowaną dzień w dzień, mniej lub bardziej świadomie w tysiącach kościołów, domów i mizernych dusz.

(Zaznaczam tutaj, jeśli ktoś nie wie, że absolutnie nie popieram śmiecenia w lesie. Sam regularnie zbieram śmieci z lasu. W tym przypadku wykorzystałem je jako narzędzie, przeniosłem w adekwatne miejsce, obciążając nimi betonowy placyk, co jest lepsze niż rozwalony worek leżący pomiędzy drzewami. Syf który zostawiłem najpewniej zaraz stamtąd zniknie, bo miejsce to jest sprzątane przez katolików, więc można powiedzieć, że beszczeszcząc ich miejsce kultu nakłonię ich do pozbycia się z lasu śmieci, które tam zalegały i nikt nie pomyślał by zabrać wór)






Mam nadzieję, że ten wpis zainspiruje każdego czytającego do refleksji na temat roli kobiecej energii w zarówno przyczynowej jak i duchowej rzeczywistości, a ja zwieńczam go cytatem z ONA (tłum:The Serpent):

"Pocałuj mnie, a uczynię cię orłem dla twojej ofiary.

dotknij mnie, a uczynię Cię silnym mieczem,

który rozcina i plami krwią mą Ziemię."

niedziela, 22 czerwca 2025

WYPRAWA MAGICZNA

 A więc rozpoczęło się lato!
Dym świec i zapach kadzideł po wczorajszych celebracjach wciąż niesie się w powietrzu.
Z okazji Przesilenia Letniego chciałbym opisać po krótce moją satanistyczną wyprawę magiczną, w ramach wyżej wspomnianej celebracji.
Nie będę unosił nadmiernie kurtyny mojej praktyki ze względu na introwersję Satanizmu, podzielę się natomiast ogółem historii, jak również kilkoma zdjęciami, które mam nadzieję będą inspirujące.
(rozmycie niektórych zdjęć jest zamierzone)

 Zapraszam!



Cała wyprawa odbyła się pieszo. Jej przebieg był nieco inspirowany tzw. Dark Pilgrimages, o których przeczytać możemy w pismach O9A.

Wędrówkę rozpocząłem w okolicach godziny 13:00
Już od pierwszych kroków dało się odczuć wagę mojego ekwipunku.
Mój plecak był bowiem wypełniony po brzegi.
Znalazły się w nim przede wszystkim satanistyczne utensylia, jak również zapas wody, prowiant oraz kilka innych niezbędnych przyborów.
Ubrany byłem od stóp do głów na czarno.
Na szyi zaś miałem swój naszyjnik z pentagramem, oraz drugi z Satanistyczną Swastyką (ze względu na czekające mnie tego dnia zjednoczenie ze Słońcem i bóstwem, którego owa swastyka w różnych wersjach jest symbolem)

Wyruszywszy w drogę czułem ekscytację, jednak póki co nie zagłębiałem się jeszcze w żadną praktykę, ponieważ do miejsca docelowego pozostało mi do przejścia około 4 kilometrów.
Szedłem naprzemiennie lasem i terenem miejskim.
Po cichu snułem refleksje na tematy okołomagiczne, jak również na temat tego typu samotnych wycieczek.
Skupiałem się na celu mojej wyprawy, a owym celem była Sataniczna Celebracja Sabatu Litha, oraz zjednoczenie z Naturą, kolejny mały krok w mym rozwoju.
Po około godzinie drogi dotarłem do stacji kolejowej w niewielkiej miejscowości.
Droga do niej wiodła przez las, pomiędzy szumiącymi od gwaru mrowiskami.
Przez cały czas koncentrowałem się na Naturze i Mrocznej Bogini Baphomet, której łono przemierzać miałem przez kolejne godziny.

Przeszedłem przez tory i ruszyłem dalej.
Po około 15 minutach marszu wzdłuż ulicy opuściłem teren miejski i znalazłem się u bram wielkiego lasu, który to miał być centrum mojej wyprawy.

Witając Duchy lasu i nucąc pod nosem Satanistyczne Błogosławieństwo ruszyłem przed siebie.



Idąc wzdłuż szerokiej ścieżki co rusz mijałem ogrodzenia wydzielające strefy leśnych upraw.
Ludzi nie było zbyt wiele, jednak mijając którąś już osobę zdecydowałem się zejść z głównej drogi pomiędzy drzewa. Jak zdecydowałem tak zrobiłem!
Moim kolejnym celem był duży teren podmokły, na którym znajdowało się niewielkie jezioro (choć jak miało się okazać później mało z owego "jeziora" zostało)



Las, w którym się znajdowałem był strefą silnie zmilitaryzowaną. 
Na jego terenie znajdują się zarówno stare bunkry z czasów wojny, jak również współczesna jednostka wojskowa ze strzelnicą. Owa jednostka odegra jeszcze pewną rolę, jednak na tą chwilę dawała o sobie znać jedynie poprzez słyszane co jakiś czas z oddali strzały.
Zatrzymałem się i usiadłem na wygiętym pniu brzozy, medytując przez chwilę nad otoczeniem i Ziemią.
Pozdrowiłem Duchy otaczającej mnie przyrody i wykonałem Satanistyczne Błogosławieństwo, tym razem już za pomocą mojego Athame.

Po około 15 minutach dalszej drogi dotarłem do wspomnianego jeziora. To co ujrzałem nieco mijało się z wyobrażeniami. Jezioro, które widziałem na mapie było na obecną chwilę pełnym błota bagnem, co nie ujęło wcale jego specyficznemu urokowi.
Nad jeziorem krążyły roje ważek, a gdy tylko się do niego zbliżyłem nagle znikąd wyskoczyło kilka żab i dało susa prosto do wody. Jakby tego było mało moment później spod nadbrzeżnego konaru, poruszając się zgrabną lokomocją serpentynową wyszedł wodny zaskroniec, znikając po chwili w odmętach czarnej wody.
Przyjemne spotkanie z wodną fauną.
Usiadłem na zwalonym pniu naprzeciw jeziora by napić się i zjeść jabłko.
Ogryzek ułożyłem obok pnia, ponieważ zauważyłem gromadę mrówek. 
Uznałem więc, że może na tym skorzystają.
Ruszyłem dalej...



Po kolejnych 15 minutach spaceru chód stawał się bardziej męczący, a to ze względu na powierzchnię.
Znalazłem się na piaszczystym terenie, co nie było dziwne z uwagi na to, że byłem u stóp wydmy.
Wkraczając na wydmę postanowiłem zdjąć buty.
Dla wygody? Także, ale przede wszystkim dla zjednoczenia się ciałem z Ziemią.
Przestrzeń ta była do tego odpowiednia, ponieważ w piasku nie spodziewałem się raczej niemiłych niespodzianek, jednak wciąż miałem baczenie na potencjalne szkła...
Irytującą myślą był sam fakt konieczności uważania na takie rzeczy, jednak wiadomo do czego zdolni są degeneraci.





Po kilku minutach przemierzania wydmy zdecydowałem się zejść z niej w gęste zarośla.
Około 100m w głąb, stojąc na nieuczęszczanej (sądząc po stanie roślinności) drodze, dostrzegłem miejsce, które wydało mi się odpowiednie do pierwszego z dwóch zaplanowanych na ten dzień rytuałów. Dochodziła godzina 16:30.

W małym zagajniku, oświetlonym spomiędzy drzew promieniami słońca rozłożyłem ołtarz.
Rozpocząłem rytuał...
Spędziłem w tym miejscu kolejną godzinę wykonując Inwokację do Demona Soratha - emanacji wielkiego Solarnego bóstwa, znanego chociażby przez Słowian jako Swaróg.
Wykonałem Medytację i złożyłem ofiary.
Efekty tej rytualnej pracy pozostawię dla siebie, wspomnę jedynie, że kilkukrotnie rozpraszały mnie odgłosy z jednostki wojskowej, jednak samą Inwokację uważam za udaną.
Poczułem potęgę Słońca oraz wcieliłem się w żniwiarza.
A taki był cel.
Zebrałem swoje rzeczy, ołtarz i ruszyłem dalej.



Oddaliłem się od wydm idąc dalej boso przez piaszczystą drogę.
Schodząc z niej zatrzymałem się by założyć buty, a wtedy dostrzegłem siedzącą na kawałku gałęzi, wpatrującą się we mnie (a przynajmniej taką iluzję tworzyły plamki na jej ciele) gąsienicę Widłogonki Siwicy.




Moim kolejnym punktem na mapie było stare wyrobisko, które na mapie było jeszcze pokazane jako zbiornik wody, jednak obecnie znajduje się tam pustynia, wymieszana z iście stepowym krajobrazem.









Przemierzając ten teren, czując we włosach ciepły wiatr i przyglądając się z wolna obniżającemu Słońcu poczułem nostalgiczny, melancholijny klimat.
Rozmyślałem nad tym, że moja wyprawa jest tak samotna jak satanistyczna praktyka, która jest drogą do przebycia samemu, bez niczyjej pomocy.
Poczułem jak daleko jestem zarówno od początku, jak i końca.
Będąc niemal w centrum mojej drogi poczułem zadumę i zachwyt przepływający przez moją duszę.
Odwróciłem się obok niewielkiego drzewa o powyginanych korzeniach i rzuciłem ostatnie spojrzenie na tę malowniczą okolicę, by chwilę później zniknąć w zaroślach.


Kilka minut później, po przebiciu się przez gęste krzaki trafiłem na dojazd pożarowy.
Idąc nim przez około 10 minut zobaczyłem w oddali ogrodzenie z żółtą plakietką.
Oczywistym było, że to granica terenu wojskowego.
Jednak to co czekało mnie chwile później dość mocno mnie zaskoczyło.
Ogrodzenie biegło wzdłuż wielkiej, piaszczystej drogi pokrytej śladami gąsienic.
Od razu było widać, że ciągnie się na przynajmniej 2-3 kilometry.
A była to moja jedyna trasa.
Ponownie, tym razem głównie dla wygody, zdjąłem buty i ruszyłem przed siebie.
Po drodze zatrzymałem się raz aby zjeść, a cała droga przebiegła bez ciekawych wydarzeń.

Po około godzinie męczącej wędrówki, czując już przemożnie ciężar mojego bagażu i wrzynające się w moje barki ramiona plecaka dotarłem do rozdroża.
Dzięki Szatanowi!
Wreszcie, po 2 kilometrach trasy po piachu, skręciłem w spokojniejszą, bardziej zalesioną drogę.
Tam usiadłem na zlokalizowanym po środku wrzosowiska kamieniu i wykonałem niedługą medytację.
Chwilę po niej rozpocząłem poszukiwanie miejsca do finalnego rytuału.
Wybrałem na nie niewielką płaską przestrzeń pomiędzy sosnami.
Na usłanej szyszkami ściółce rozłożyłem ołtarz.
Tym razem czekała mnie docelowa Celebracja Sabatu Litha, w towarzystwie Mrocznych Bogów.
Przygotowałem siebie, ołtarz i rozpocząłem rytuał.


W pewnym momencie rytuału, kilka minut po jego kulminacyjnym momencie i tym samym rozpoczęciu lata usłyszałem ruch w krzakach nieopodal.
Usiadłem nieruchomo nasłuchując i obserwując.
Po chwili spomiędzy roślin wyłonił się zając.
Rozejrzał się i ruszył w moją stronę.
Minęła około minuta odkąd go dostrzegłem, a teraz patrzyliśmy sobie prosto w oczy z odległości raptem kilku metrów.
Przyjrzał mi się i powoli oddalił, ale nie wyglądał na przestraszonego.
Czyżby przyciągnęła go energia mojego rytuału, Szatan, Bogini?
Któż to wie...

Zakończyłem rytuał i zebrałem swoje rzeczy po czym ruszyłem w drogę powrotną.
Przede mną było kilka kilometrów pieszej wędrówki.
Słońce zachodziło a dzień ustępował nocy.
Moją ostatnią drogę tego dnia przecięły dwa niezwykłe spotkania z dziką przyrodą.

Zaledwie kilkanaście minut po opuszczeniu miejsca rytuału ścieżkę przecięła mi klępa z młodym łoszakiem.
Początkowo myślałem, że znowu spotkałem spacerujących profanów.
Już prawie zdążyłem się zirytować naruszeniem mojej samotności, gdy okazało się jak bardzo sie pomyliłem.
Pomyłka zaszła bowiem przez kolor sierści łoszaka, która w swoim kasztanowym brązie lśniła na czerwono, a ja uznałem to za czerwoną koszulkę pieszego lub rowerzysty.
Łosie uciekły na mój widok między drzewa, jednak jak to one mają w zwyczaju po odbiegnięciu klępa odwróciła się i patrzyła...
Ja na nią, ona na mnie.
Staliśmy tak otoczeni ciszą lasu przez około minutę, po czym oddaliłem się.
Klępa wciąż nieufna wpatrywała się we mnie w dalszym ciągu, jednak czy odbiegła? To już mogły widzieć tylko moje plecy.

Przez kolejne 2 kilometry słyszałem z różnych stron niezidentyfikowany dźwięk, coś na pograniczu chrząknięć niedźwiedzia i ryków godowych jelenia.
Podejrzewam, że pochodziły z jednostki militarnej ale pewności mieć nie mogę.

Około 3 kilometry od spotkania z łosiami wyszedłem na drogę obok ogrodzonej polany, gdy nagle ni stąd ni z owąd otoczyła mnie chmara nietoperzy.
Kilkukrotnie schodziły praktycznie do ziemi by po chwili podrywać się do dalszego lotu, zmuszając mnie do zrobienia kilku uników.
Chwilę później rozleciały się w swoje strony, a ze mną pozostało tylko kilka buczących nad moją głową guniaków czerwczyków.
Około kilometr dalej zobaczyłem przed sobą żeliwne barierki, wyjście z lasu.
Moja podróż dobiegła końca.



Ostatkiem sił w nogach doczłapałem na przystanek autobusowy, by skierować się w dalszą drogę, teraz już do domu.

Przesilenie Letnie zostało uczczone, cele wyznaczone i lato powitane.
Była to wyjątkowa podróż zarówno egzoterycznie, jak i przede wszystkim ezoterycznie.
Oby więcej takich i bardziej udanych w przyszłości.
Zachęcam każdego Adepta satanizmu lub innej formy magii do podobnych aktywności.
Przynoszą one nowe doświadczenia i inspiracje, a nad tak zebranym duchowym materiałem nic tylko pracować dalej!

Agios o Satanas! Agios o Baphomet!

CURSUM PERFICIO

Każdy Prawdziwy Satanista powinien zdawać sobie sprawę z tego, iż po przekroczeniu pewnej linii jego życie zostanie owładnięte Tańcem Transf...