A więc rozpoczęło się lato!
Dym świec i zapach kadzideł po wczorajszych celebracjach wciąż niesie się w powietrzu.
Z okazji Przesilenia Letniego chciałbym opisać po krótce moją satanistyczną wyprawę magiczną, w ramach wyżej wspomnianej celebracji.
Nie będę unosił nadmiernie kurtyny mojej praktyki ze względu na introwersję Satanizmu, podzielę się natomiast ogółem historii, jak również kilkoma zdjęciami, które mam nadzieję będą inspirujące.
(rozmycie niektórych zdjęć jest zamierzone)
Zapraszam!
Cała wyprawa odbyła się pieszo. Jej przebieg był nieco inspirowany tzw. Dark Pilgrimages, o których przeczytać możemy w pismach O9A.
Wędrówkę rozpocząłem w okolicach godziny 13:00
Już od pierwszych kroków dało się odczuć wagę mojego ekwipunku.
Mój plecak był bowiem wypełniony po brzegi.
Znalazły się w nim przede wszystkim satanistyczne utensylia, jak również zapas wody, prowiant oraz kilka innych niezbędnych przyborów.
Ubrany byłem od stóp do głów na czarno.
Na szyi zaś miałem swój naszyjnik z pentagramem, oraz drugi z Satanistyczną Swastyką (ze względu na czekające mnie tego dnia zjednoczenie ze Słońcem i bóstwem, którego owa swastyka w różnych wersjach jest symbolem)
Wyruszywszy w drogę czułem ekscytację, jednak póki co nie zagłębiałem się jeszcze w żadną praktykę, ponieważ do miejsca docelowego pozostało mi do przejścia około 4 kilometrów.
Szedłem naprzemiennie lasem i terenem miejskim.
Po cichu snułem refleksje na tematy okołomagiczne, jak również na temat tego typu samotnych wycieczek.
Skupiałem się na celu mojej wyprawy, a owym celem była Sataniczna Celebracja Sabatu Litha, oraz zjednoczenie z Naturą, kolejny mały krok w mym rozwoju.
Po około godzinie drogi dotarłem do stacji kolejowej w niewielkiej miejscowości.
Droga do niej wiodła przez las, pomiędzy szumiącymi od gwaru mrowiskami.
Przez cały czas koncentrowałem się na Naturze i Mrocznej Bogini Baphomet, której łono przemierzać miałem przez kolejne godziny.
Przeszedłem przez tory i ruszyłem dalej.
Po około 15 minutach marszu wzdłuż ulicy opuściłem teren miejski i znalazłem się u bram wielkiego lasu, który to miał być centrum mojej wyprawy.
Witając Duchy lasu i nucąc pod nosem Satanistyczne Błogosławieństwo ruszyłem przed siebie.
Idąc wzdłuż szerokiej ścieżki co rusz mijałem ogrodzenia wydzielające strefy leśnych upraw.
Ludzi nie było zbyt wiele, jednak mijając którąś już osobę zdecydowałem się zejść z głównej drogi pomiędzy drzewa. Jak zdecydowałem tak zrobiłem!
Moim kolejnym celem był duży teren podmokły, na którym znajdowało się niewielkie jezioro (choć jak miało się okazać później mało z owego "jeziora" zostało)
Las, w którym się znajdowałem był strefą silnie zmilitaryzowaną.
Na jego terenie znajdują się zarówno stare bunkry z czasów wojny, jak również współczesna jednostka wojskowa ze strzelnicą. Owa jednostka odegra jeszcze pewną rolę, jednak na tą chwilę dawała o sobie znać jedynie poprzez słyszane co jakiś czas z oddali strzały.
Zatrzymałem się i usiadłem na wygiętym pniu brzozy, medytując przez chwilę nad otoczeniem i Ziemią.
Pozdrowiłem Duchy otaczającej mnie przyrody i wykonałem Satanistyczne Błogosławieństwo, tym razem już za pomocą mojego Athame.
Po około 15 minutach dalszej drogi dotarłem do wspomnianego jeziora. To co ujrzałem nieco mijało się z wyobrażeniami. Jezioro, które widziałem na mapie było na obecną chwilę pełnym błota bagnem, co nie ujęło wcale jego specyficznemu urokowi.
Nad jeziorem krążyły roje ważek, a gdy tylko się do niego zbliżyłem nagle znikąd wyskoczyło kilka żab i dało susa prosto do wody. Jakby tego było mało moment później spod nadbrzeżnego konaru, poruszając się zgrabną lokomocją serpentynową wyszedł wodny zaskroniec, znikając po chwili w odmętach czarnej wody.
Przyjemne spotkanie z wodną fauną.
Usiadłem na zwalonym pniu naprzeciw jeziora by napić się i zjeść jabłko.
Ogryzek ułożyłem obok pnia, ponieważ zauważyłem gromadę mrówek.
Uznałem więc, że może na tym skorzystają.
Ruszyłem dalej...
Po kolejnych 15 minutach spaceru chód stawał się bardziej męczący, a to ze względu na powierzchnię.
Znalazłem się na piaszczystym terenie, co nie było dziwne z uwagi na to, że byłem u stóp wydmy.
Wkraczając na wydmę postanowiłem zdjąć buty.
Dla wygody? Także, ale przede wszystkim dla zjednoczenia się ciałem z Ziemią.
Przestrzeń ta była do tego odpowiednia, ponieważ w piasku nie spodziewałem się raczej niemiłych niespodzianek, jednak wciąż miałem baczenie na potencjalne szkła...
Irytującą myślą był sam fakt konieczności uważania na takie rzeczy, jednak wiadomo do czego zdolni są degeneraci.
Po kilku minutach przemierzania wydmy zdecydowałem się zejść z niej w gęste zarośla.
Około 100m w głąb, stojąc na nieuczęszczanej (sądząc po stanie roślinności) drodze, dostrzegłem miejsce, które wydało mi się odpowiednie do pierwszego z dwóch zaplanowanych na ten dzień rytuałów. Dochodziła godzina 16:30.
W małym zagajniku, oświetlonym spomiędzy drzew promieniami słońca rozłożyłem ołtarz.
Rozpocząłem rytuał...
Spędziłem w tym miejscu kolejną godzinę wykonując Inwokację do Demona Soratha - emanacji wielkiego Solarnego bóstwa, znanego chociażby przez Słowian jako Swaróg.
Wykonałem Medytację i złożyłem ofiary.
Efekty tej rytualnej pracy pozostawię dla siebie, wspomnę jedynie, że kilkukrotnie rozpraszały mnie odgłosy z jednostki wojskowej, jednak samą Inwokację uważam za udaną.
Poczułem potęgę Słońca oraz wcieliłem się w żniwiarza.
A taki był cel.
Zebrałem swoje rzeczy, ołtarz i ruszyłem dalej.
Oddaliłem się od wydm idąc dalej boso przez piaszczystą drogę.
Schodząc z niej zatrzymałem się by założyć buty, a wtedy dostrzegłem siedzącą na kawałku gałęzi, wpatrującą się we mnie (a przynajmniej taką iluzję tworzyły plamki na jej ciele) gąsienicę Widłogonki Siwicy.
Moim kolejnym punktem na mapie było stare wyrobisko, które na mapie było jeszcze pokazane jako zbiornik wody, jednak obecnie znajduje się tam pustynia, wymieszana z iście stepowym krajobrazem.
Przemierzając ten teren, czując we włosach ciepły wiatr i przyglądając się z wolna obniżającemu Słońcu poczułem nostalgiczny, melancholijny klimat.
Rozmyślałem nad tym, że moja wyprawa jest tak samotna jak satanistyczna praktyka, która jest drogą do przebycia samemu, bez niczyjej pomocy.
Poczułem jak daleko jestem zarówno od początku, jak i końca.
Będąc niemal w centrum mojej drogi poczułem zadumę i zachwyt przepływający przez moją duszę.
Odwróciłem się obok niewielkiego drzewa o powyginanych korzeniach i rzuciłem ostatnie spojrzenie na tę malowniczą okolicę, by chwilę później zniknąć w zaroślach.
Kilka minut później, po przebiciu się przez gęste krzaki trafiłem na dojazd pożarowy.
Idąc nim przez około 10 minut zobaczyłem w oddali ogrodzenie z żółtą plakietką.
Oczywistym było, że to granica terenu wojskowego.
Jednak to co czekało mnie chwile później dość mocno mnie zaskoczyło.
Ogrodzenie biegło wzdłuż wielkiej, piaszczystej drogi pokrytej śladami gąsienic.
Od razu było widać, że ciągnie się na przynajmniej 2-3 kilometry.
A była to moja jedyna trasa.
Ponownie, tym razem głównie dla wygody, zdjąłem buty i ruszyłem przed siebie.
Po drodze zatrzymałem się raz aby zjeść, a cała droga przebiegła bez ciekawych wydarzeń.
Po około godzinie męczącej wędrówki, czując już przemożnie ciężar mojego bagażu i wrzynające się w moje barki ramiona plecaka dotarłem do rozdroża.
Dzięki Szatanowi!
Wreszcie, po 2 kilometrach trasy po piachu, skręciłem w spokojniejszą, bardziej zalesioną drogę.
Tam usiadłem na zlokalizowanym po środku wrzosowiska kamieniu i wykonałem niedługą medytację.
Chwilę po niej rozpocząłem poszukiwanie miejsca do finalnego rytuału.
Wybrałem na nie niewielką płaską przestrzeń pomiędzy sosnami.
Na usłanej szyszkami ściółce rozłożyłem ołtarz.
Tym razem czekała mnie docelowa Celebracja Sabatu Litha, w towarzystwie Mrocznych Bogów.
Oczywistym było, że to granica terenu wojskowego.
Jednak to co czekało mnie chwile później dość mocno mnie zaskoczyło.
Ogrodzenie biegło wzdłuż wielkiej, piaszczystej drogi pokrytej śladami gąsienic.
Od razu było widać, że ciągnie się na przynajmniej 2-3 kilometry.
A była to moja jedyna trasa.
Ponownie, tym razem głównie dla wygody, zdjąłem buty i ruszyłem przed siebie.
Po drodze zatrzymałem się raz aby zjeść, a cała droga przebiegła bez ciekawych wydarzeń.
Po około godzinie męczącej wędrówki, czując już przemożnie ciężar mojego bagażu i wrzynające się w moje barki ramiona plecaka dotarłem do rozdroża.
Dzięki Szatanowi!
Wreszcie, po 2 kilometrach trasy po piachu, skręciłem w spokojniejszą, bardziej zalesioną drogę.
Tam usiadłem na zlokalizowanym po środku wrzosowiska kamieniu i wykonałem niedługą medytację.
Chwilę po niej rozpocząłem poszukiwanie miejsca do finalnego rytuału.
Wybrałem na nie niewielką płaską przestrzeń pomiędzy sosnami.
Na usłanej szyszkami ściółce rozłożyłem ołtarz.
Tym razem czekała mnie docelowa Celebracja Sabatu Litha, w towarzystwie Mrocznych Bogów.
Przygotowałem siebie, ołtarz i rozpocząłem rytuał.
W pewnym momencie rytuału, kilka minut po jego kulminacyjnym momencie i tym samym rozpoczęciu lata usłyszałem ruch w krzakach nieopodal.
Usiadłem nieruchomo nasłuchując i obserwując.
Po chwili spomiędzy roślin wyłonił się zając.
Rozejrzał się i ruszył w moją stronę.
Minęła około minuta odkąd go dostrzegłem, a teraz patrzyliśmy sobie prosto w oczy z odległości raptem kilku metrów.
Przyjrzał mi się i powoli oddalił, ale nie wyglądał na przestraszonego.
Czyżby przyciągnęła go energia mojego rytuału, Szatan, Bogini?
Któż to wie...
Zakończyłem rytuał i zebrałem swoje rzeczy po czym ruszyłem w drogę powrotną.
Przede mną było kilka kilometrów pieszej wędrówki.
Słońce zachodziło a dzień ustępował nocy.
Moją ostatnią drogę tego dnia przecięły dwa niezwykłe spotkania z dziką przyrodą.
Zaledwie kilkanaście minut po opuszczeniu miejsca rytuału ścieżkę przecięła mi klępa z młodym łoszakiem.
Początkowo myślałem, że znowu spotkałem spacerujących profanów.
Już prawie zdążyłem się zirytować naruszeniem mojej samotności, gdy okazało się jak bardzo sie pomyliłem.
Pomyłka zaszła bowiem przez kolor sierści łoszaka, która w swoim kasztanowym brązie lśniła na czerwono, a ja uznałem to za czerwoną koszulkę pieszego lub rowerzysty.
Łosie uciekły na mój widok między drzewa, jednak jak to one mają w zwyczaju po odbiegnięciu klępa odwróciła się i patrzyła...
Ja na nią, ona na mnie.
Staliśmy tak otoczeni ciszą lasu przez około minutę, po czym oddaliłem się.
Klępa wciąż nieufna wpatrywała się we mnie w dalszym ciągu, jednak czy odbiegła? To już mogły widzieć tylko moje plecy.
Przez kolejne 2 kilometry słyszałem z różnych stron niezidentyfikowany dźwięk, coś na pograniczu chrząknięć niedźwiedzia i ryków godowych jelenia.
Podejrzewam, że pochodziły z jednostki militarnej ale pewności mieć nie mogę.
Około 3 kilometry od spotkania z łosiami wyszedłem na drogę obok ogrodzonej polany, gdy nagle ni stąd ni z owąd otoczyła mnie chmara nietoperzy.
Kilkukrotnie schodziły praktycznie do ziemi by po chwili podrywać się do dalszego lotu, zmuszając mnie do zrobienia kilku uników.
Chwilę później rozleciały się w swoje strony, a ze mną pozostało tylko kilka buczących nad moją głową guniaków czerwczyków.
Około kilometr dalej zobaczyłem przed sobą żeliwne barierki, wyjście z lasu.
Moja podróż dobiegła końca.
Ostatkiem sił w nogach doczłapałem na przystanek autobusowy, by skierować się w dalszą drogę, teraz już do domu.
Przesilenie Letnie zostało uczczone, cele wyznaczone i lato powitane.
Była to wyjątkowa podróż zarówno egzoterycznie, jak i przede wszystkim ezoterycznie.
Oby więcej takich i bardziej udanych w przyszłości.
Zachęcam każdego Adepta satanizmu lub innej formy magii do podobnych aktywności.
Przynoszą one nowe doświadczenia i inspiracje, a nad tak zebranym duchowym materiałem nic tylko pracować dalej!
Agios o Satanas! Agios o Baphomet!
W pewnym momencie rytuału, kilka minut po jego kulminacyjnym momencie i tym samym rozpoczęciu lata usłyszałem ruch w krzakach nieopodal.
Usiadłem nieruchomo nasłuchując i obserwując.
Po chwili spomiędzy roślin wyłonił się zając.
Rozejrzał się i ruszył w moją stronę.
Minęła około minuta odkąd go dostrzegłem, a teraz patrzyliśmy sobie prosto w oczy z odległości raptem kilku metrów.
Przyjrzał mi się i powoli oddalił, ale nie wyglądał na przestraszonego.
Czyżby przyciągnęła go energia mojego rytuału, Szatan, Bogini?
Któż to wie...
Zakończyłem rytuał i zebrałem swoje rzeczy po czym ruszyłem w drogę powrotną.
Przede mną było kilka kilometrów pieszej wędrówki.
Słońce zachodziło a dzień ustępował nocy.
Moją ostatnią drogę tego dnia przecięły dwa niezwykłe spotkania z dziką przyrodą.
Zaledwie kilkanaście minut po opuszczeniu miejsca rytuału ścieżkę przecięła mi klępa z młodym łoszakiem.
Początkowo myślałem, że znowu spotkałem spacerujących profanów.
Już prawie zdążyłem się zirytować naruszeniem mojej samotności, gdy okazało się jak bardzo sie pomyliłem.
Pomyłka zaszła bowiem przez kolor sierści łoszaka, która w swoim kasztanowym brązie lśniła na czerwono, a ja uznałem to za czerwoną koszulkę pieszego lub rowerzysty.
Łosie uciekły na mój widok między drzewa, jednak jak to one mają w zwyczaju po odbiegnięciu klępa odwróciła się i patrzyła...
Ja na nią, ona na mnie.
Staliśmy tak otoczeni ciszą lasu przez około minutę, po czym oddaliłem się.
Klępa wciąż nieufna wpatrywała się we mnie w dalszym ciągu, jednak czy odbiegła? To już mogły widzieć tylko moje plecy.
Przez kolejne 2 kilometry słyszałem z różnych stron niezidentyfikowany dźwięk, coś na pograniczu chrząknięć niedźwiedzia i ryków godowych jelenia.
Podejrzewam, że pochodziły z jednostki militarnej ale pewności mieć nie mogę.
Około 3 kilometry od spotkania z łosiami wyszedłem na drogę obok ogrodzonej polany, gdy nagle ni stąd ni z owąd otoczyła mnie chmara nietoperzy.
Kilkukrotnie schodziły praktycznie do ziemi by po chwili podrywać się do dalszego lotu, zmuszając mnie do zrobienia kilku uników.
Chwilę później rozleciały się w swoje strony, a ze mną pozostało tylko kilka buczących nad moją głową guniaków czerwczyków.
Około kilometr dalej zobaczyłem przed sobą żeliwne barierki, wyjście z lasu.
Moja podróż dobiegła końca.
Ostatkiem sił w nogach doczłapałem na przystanek autobusowy, by skierować się w dalszą drogę, teraz już do domu.
Przesilenie Letnie zostało uczczone, cele wyznaczone i lato powitane.
Była to wyjątkowa podróż zarówno egzoterycznie, jak i przede wszystkim ezoterycznie.
Oby więcej takich i bardziej udanych w przyszłości.
Zachęcam każdego Adepta satanizmu lub innej formy magii do podobnych aktywności.
Przynoszą one nowe doświadczenia i inspiracje, a nad tak zebranym duchowym materiałem nic tylko pracować dalej!
Agios o Satanas! Agios o Baphomet!

