Z krzykiem zbiegał po zboczu człowieka U stóp drzewa padł i ekstaza z niego ścieka Szaleństwem go naznaczyły szatańskie uniesienia Uświadamiając bezsłownie w Esencji Istnienia
Obmył lico swoje płomieniem oszałamiającym
Bezimienny i zmiennokształtny jak Oni
Miesiąc nań spogląda, petrichor z ziemi sączy
A on rękojeść rzemienną ściska w swej dłoni
Za kosmosu bezkresem tęsknota w nim zawodzi
Wycie Otchłani z dala doń przybywa.
Do konającego Mistrza sama Ziemia podchodzi.
Na jego ciele dłoń swą kładzie, gdy ten w jej oblicze spływa.
Spojrzał głęboko w oczy Bóstwa gwałtownego.
Pola historii przed nim, monsun krwawej pustyni.
Zapragnął z nią namiętności i zjednoczenia absolutnego
Bowiem nie był to Bóg, była to Bogini.
Miłością otoczona, nie strachem, nie czcią.
W złowieszczej ekstazie obmywa się krwią.
Namiętność Życia Jej Naturą, nie Winą
Z Jej łona się rodzą i z Jej rąk później giną
Matmerd